Postawa Lewisa Hamiltona w ubiegłotygodniowym Grand Prix Monako wzbudziła wiele kontrowersji. Cała masa ludzi rzuciła się na niego, twierdząc, że znowu pokazuje niedojrzałość, a swoim zachowaniem psuje wizerunek kierowcy Formuły 1. Czy aby na pewno?
Mistrz świata z 2008 roku został bardzo pokrzywdzony przez taktykę swojego zespołu podczas sobotnich kwalifikacji. McLaren postanowił wypuścić Lewisa tylko raz, aby zaoszczędzić jeden komplet supermiękkich opon na wyścig. Jak już wiemy, nie był to taktyczny majstersztyk, ponieważ gumy na ulicach Monte Carlo spisywały się całkiem dobrze i dużo większą przewagę dawało lepsze pole startowe (w przypadku czołówki), niż dodatkowy świeży komplet ogumienia, którego można było nawet wcale nie wykorzystać. Zostawmy strategię, bo największą rolę odegrał w tym przypadku… pech. Na nieszczęście Hamiltona (i chyba nie tylko jego) Sergio Perez roztrzaskał swój bolid w Nouvelle Chicane na niecałe trzy minuty przed końcem sesji. Kiedy służby medyczne zabezpieczyły debiutanta i porządkowi uprzątnęli bałagan, zostało mu jedno okrążenie. Jak można było się spodziewać, opony nie osiągnęły optymalnej temperatury, przez co czas był dużo słabszy, a na dodatek Brytyjczyk ściął szykanę przy basenie i czas kwalifikacyjny został anulowany.
Emocjonująca i dziwna sobota dobiegła końca, więc nadszedł czas na wyścig. Taktyka kierowcy takiego jak Hamilton zawsze brzmi: „cisnąć do limitów”. W sytuacji, w której się znalazł, musiał zwiększyć wysiłki. Udowodnił to wspaniałym manewrem wyprzedzania w Sainte Devote. Pokonał nie byle kogo, bo samego Michaela Schumachera. Fakt, że „Schumi” miał zdecydowanie gorsze opony, jednak wyprzedzanie w tym miejscu, z takiej pozycji… wymaga odwagi. Dobra, przejdźmy do spraw najważniejszych. Po pierwsze, pojedynek z Massą. Nie chcę mówić, że Lewis postąpił słusznie albo że to był czysty manewr, bo wyszedłbym na maksymalnie stronniczego. Jednak nie jestem w pełni przekonany co do „strasznego wybryku” naszego bohatera. Kiedy oglądam powtórki, widzę na nich, że sfrustrowany wyścigiem i pragnący jak najszybszego przebijania się do przodu kierowca MP4/26 rozpoczyna manewr na wolniejszym kierowcy F150 Italia za Mirabeau przed nawrotem. Brytyjczyk jest za Brazylijczykiem i próbuje wcisnąć się na wewnętrzną. Teraz moment kluczowy – Massa widzi optymistycznego „kolegę z toru” i bardzo ciasno przejeżdża nawrót. Hamilton nie odpuścił na dohamowaniu i nie może nic zrobić – jest holowany przez Ferrari na krawężniku. Warto zauważyć, że „Srebrna strzała” nie ma centymetra na wejściu w zakręt, aby zostać na torze. W tej sytuacji kończy się możliwość skrętu i kierowcy zaliczają kilka kontaktów, w których efekcie sypią się jakieś fragmenty samochodów. Z tą karą mogę się jeszcze zgodzić.
Pora na drugi incydent. Po wznowieniu wyścigu Hamilton dobiera się do świetnie jadącego Maldonado. Sytuacja niemal identyczna, jak ta z początku wyścigu z Schumacherem. Oglądając onboardy zauważyłem, że w jednym i drugim przypadku Brytyjczyk znalazł się w mniej więcej tym samym miejscu odnośnie bolidu rywala – osłony chłodnic. Porównując obie sytuacje, doszedłem do wniosku, że Pastor musiał nie patrzeć w lusterka. Kiedy widzimy pojedynek z siedmiokrotnym mistrzem świata, odpuszcza on przy wchodzeniu w zakręt, gdyż nie miał innego wyjścia. Hamilton się wepchał, a on mógł albo puścić go w tym zakręcie i ewentualnie kontratakować, albo się rozbić. Podczas pojedynku z debiutantem widzimy, że wchodzi on w pierwszy zakręt, nie zwracając uwagi na rywala. Możliwe, że Pastor myślał, iż Hamilton zahamuje, co było praktycznie niemożliwe, gdyż był już za daleko. Efektem skrętu dochodzi do kontaktu przedniego koła McLarena z bokiem Williamsa i wyścig kończy wspaniale spisujący się Wenezuelczyk. Jeżeli obejrzeliście onboard z pierwszej sytuacji, widać tam, w którym momencie Schumacher mógł zrobić to samo co Maldonado, kiedy napis „Petronas” niebezpiecznie zbliża się do naszej kamery. Kara nałożona na Brytyjczyka po tym incydencie nie zmienia rezultatu wyścigu, jednak nad jej słusznością trochę bym się jeszcze zastanowił.
Pozostaje mi już tylko sprawa tego feralnego wywiadu. Kiedy słuchałem go na żywo, nie mogłem uwierzyć, że to prawda. Potem zacząłem się zastanawiać i w końcu stwierdziłem, że to mnie ucieszyło. W końcu doszło do tego, czego pragnąłem – kierowca powiedział to, co myślał. Oczywiście żart Lewisa nie należał do najinteligentniejszych (stwierdził, że sędziowie się nim interesują, ponieważ jest „czarny”, dodając, że tak mawiał Ali G), jednak pod wpływem emocji i irytacji, wykrzyczał z siebie prawdę. To rzadkość w dzisiejszych czasach. Przyznał to Bruno Senna, kiedy opowiadał o rywalizacji w czasach świetności jego wujka Ayrtona, o czym możecie przeczytać w artykule pod tytułem „Senna”. – Powiedzmy, że ówczesna rywalizacja była bardziej otwarta. Obecnie naprawdę musimy zwracać uwagę na to, co mówimy i co robimy, ponieważ ciąży na nas duża odpowiedzialność (…) Wtedy było się swego rodzaju wolnym, można było mówić to, co się myślało – mówił Bruno. Szkoda, że teraz tak być nie może.
Wyszło na to, że z krótkiej notki powstał spory dokument broniący kontrowersyjnego Anglika, ale ludzie, którzy są kontrowersyjni, skłaniają do mówienia o nich. Widziałem niedawno ankietę, która pytała: Lewis Hamilton – „kocham” czy „nienawidzę”? Moją odpowiedź poznaliście. A Wy? Jak sądzicie?