Po wyścigu w Monako apetyty kibiców na prawdziwe show na torze znacznie się zaostrzyło. Grand Prix Kanady nie zawiodło - pomimo dwóch godzin przerwy z powodu ulewnego deszczu, widzowie zobaczyli coś, co przekroczyło najśmielsze oczekiwania.
Przyznam szczerze, że zabierając się do tego podsumowania, nie wiedziałam od czego zacząć. Setki myśli kłębiły mi się w głowie. Po pozbieraniu ich i przeanalizowaniu wszystkich najlepszych momentów GP Kanady stwierdzam, iż wyścig ten pod wieloma względami przebił dotychczasowe sześć rund tego sezonu. Dlaczego?
Sobotnia sesja kwalifikacyjna zapowiadała, iż o pierwsze pole startowe mogą walczyć zawodnicy Ferrari. Okazało się jednak - już standardowo - że Vettel ponownie miał w zapasie kilka dziesiątych sekundy i to on wystartuje do niedzielnego GP z pierwszego pola.
Synoptycy zapowiadali na weekend deszcz i prognoza była jak najbardziej trafna. Start za samochodem bezpieczeństwa był wskazany ze względu na asekurację zawodników, warunki na torze i słabą widoczność. Emocje rozpoczęły się, gdy SC zjechał do alei, a Vettel niemal od razu odskoczył zawodnikom Ferrari. W pierwszym zakręcie doszło do kolizji z udziałem Webbera i Hamiltona. Brytyjczyk zawadził o tylne koło bolidu Australijczyka. W efekcie obaj spadli na dalsze pozycje. Perypetii Hamiltona ciąg dalszy nastąpił kilka okrążeń później, gdy przymierzał się do wyprzedzenia swojego kolegi z zespołu na prostej start-mecie. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że to Jenson popełnił błąd, spychając go na ścianę. Chwilę później Button przez team radio powiedział ze zdziwieniem: - Co on robi!? I tak podejrzenie popełnienia błędu padło na Hamiltona. Prawda jest taka, że wina leżała po stronie obu zawodników. Hamilton zawadził o koło bolidu Buttona optymistycznie przymierzając się do wyprzedzania, lecz Button nie zauważył Hamiltona w lusterkach. Panowie wyjaśnili sobie całą sytuację podczas dwugodzinnej przerwy. Jenson zdołał powrócić do wyścigu, ponieważ jego bolid nie ucierpiał w kolizji. Tego samego nie mógł powiedzieć Lewis, gdyż w jego aucie uszkodzone zostało tylne zawieszenie i przednie skrzydło. Na trasie po raz drugi pojawił się samochód bezpieczeństwa.
Po uprzątnięciu samochodu Hamiltona zawodnicy mogli powrócić do dalszej jazdy. Nad tor nadciągała jednak ogromna ulewa, która jak się kilka chwil później okazało, sparaliżowała jazdę na dwie godziny. Zawodnicy, którzy zjechali do alei na wymianę opon, odnotowali znaczne straty. Jednym z nich był Mark Webber z teamu Red Bull. Australijczyk stracił pozycję i cenny czas, podczas gdy zawodnicy, którzy nie dokonali zmiany przed wywieszeniem czerwonej flagi, otrzymali nowe zestawy opon stojąc na polach startowych, nie tracąc ani czasu ani pozycji, więc między innymi Webber, Alonso i Massa znaleźli się w kłopotliwej sytuacji. Na 25. okrążeniu rozpętała się ulewa i na tor po raz trzeci wyjechał samochód bezpieczeństwa, po czym rywalizacja została przerwana na wspomniane już dwie godziny.
W międzyczasie realizator skupiał się na "ekscytujących i trzymających w napięciu" scenach. Kamery krążyły po prostej start-mecie wśród teamów, które chowały swoje maszyny pod parasolami i pokrowcami. Mercedes przebił wszystkich - wystawili dwa olbrzymie pawilony nad swoimi bolidami. Realizator "złapał" również gwiazdę paddocku, którą była Rihanna. Przez bite kilkanaście minut oglądaliśmy, jak Riri je, pije, gada, schodzi po schodach, wbija do McLarena z kieliszkiem szampana i rozmawia z Hamiltonem o kolizji. Po tych "ekscytujących" chwilach realizator postanowił skupić się na ekipie porządkowej, która usilnie próbowała na różne sposoby odprowadzić hektolitry zalegającej na torze wody.
Tak minęło nam sporo czasu i już w pewnym momencie zaczynałam wątpić, czy coś ruszy. Po informacji, że szefowie teamów chcą dokończenia wyścigu, pojawiła się iskierka nadziei. Najwyżej będę siedziała do północy - pomyślałam.
Nastąpił długo oczekiwany restart wyścigu, który odbył się za samochodem bezpieczeństwa. Coś ruszyło... i to na dobre. SC zjechał na 35. okrążeniu. W międzyczasie Button "załapał się" na karę przejazdu przez aleję za zbyt szybką jazdę przy neutralizacji. W alei niemal natychmiast pojawiło się pół stawki, by zmienić opony. Nastało wielkie zamieszanie, które porządkowało się przez kilka okrążeń. Bernd Maylander pewnie nie zdążył nawet wysiąść z samochodu, a już musiał wyjechać po raz piąty, ponieważ doszło do kolizji z udziałem Buttona i Alonso. Stłuczkę zakwalifikowano później do incydentu wyścigowego, lecz ten "incydent" powiesił Alonso na tarkach i Hiszpan musiał zrezygnować z dalszej jazdy.
Po tej akcji nastał czas Schumachera. Założę się, że kibice "Schumiego" nagle ożyli na nowo. Niemiec jechał jak za starych dobrych czasów, wyprzedzając po kolei kogo się dało. W pewnym momencie pomyślałam nawet, że Niemiec ma szansę dogonić Vettela i wygrać! Coś pięknego. Siedmiokrotny mistrz świata wyprzedził Webbera, Heidfelda, Massę i Kobayashiego (za jednym razem) i nagle Michael awansował już na drugą pozycję.
Na 56. okrążeniu Heidfeld "władował się" w tył bolidu Kobayashiego. W efekcie w bolidzie Niemca zostało uszkodzone przednie skrzydło, które później oderwało się i wpadło pod bolid, wybijając go w powietrze. Nick skończył poza torem, a na trasie leżało mnóstwo ostrych kawałków z uszkodzonego skrzydła bolidu zawodnika Lotus Renault. Na trasę po raz szósty wyjechał samochód bezpieczeństwa. Kibice z pewnością pamiętają zapierającą dech w piersiach akcję z udziałem porządkowego, który niefortunnie przewrócił się wbiegając po części rozbitego auta Heidfelda. Bolid Saubera musiał zmienić trasę, by go nie potrącić, a Witalij Pietrow zahamował "na szlak", by nie zabrać go na przednie skrzydło. Realizator pokazał bardzo interesujący obrazek - inżyniera Heidfelda siedzącego przy swoim stanowisku na pit-wall, uderzającego pięścią ze wściekłości i siedzącego Erica Boullier, który nawet nie drgnął i zachował kamienną twarz.
Piękna jazda Schumachera zakończyła się wraz z wypadkiem Heidfelda. Kierowca Mercedesa ostatecznie do mety dojechał jako czwarty. W międzyczasie szaleć zaczął Jenson Button. Coś niewiarygodnego! Brytyjczyk jechał jak szalony, wyprzedzając po kolei każdego zawodnika. W końcu na 69. okrążeniu znalazł się na drugiej pozycji i gonił Vettela. Zapierające oddech ostatnie okrążenie zakończyło się prawdziwym szałem, gdy Vettel na kilka zakrętów przed metą popełnił błąd, który natychmiast wykorzystał Button. Jenson zwyciężył w wielkim stylu. Ostatnie okrążenie układało się w walkę "parami". O pierwsze miejsce walczyli wspomniani przeze mnie Vettel i Button, za ich plecami Webber i Schumacher walczyli o trzecią pozycję, z której Webber wyszedł zwycięsko. Samotnie na piątym miejscu dojechał Pietrow, po czym na linię start-mety wpadli Massa i Kobayashi. Fotokomórka zadecydowała, który z nich przekroczył linię mety jako szósty. O centymetry wygrał Massa.
Cudowny wyścig. Warto było czekać przez te cztery godziny, by zobaczyć coś, co przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Emocje od startu do mety. Padło również kilka rekordów tego sezonu. Wyścig trwał cztery godziny, samochód bezpieczeństwa wyjeżdżał sześć razy, wygrał Button, który nie dość, że pokonał Vettela, to jeszcze meldował się na pasie serwisowym aż sześć razy. Na punktowanych miejscach dojechali obaj zawodnicy Toro Rosso, co zdarzyło się pierwszy raz w tym sezonie. No i oczywiście słynne "Schumacher Show".