Czy zastanawiali się Państwo jak, to jest być dziennikarzem sportowym? Jak nasza praca wygląda od środka? W poniższym felietonie Jakub Kacprzak przedstawia kulisy naszego świata i pokazuje, że wcale nie jest tak różowo jakby wydawać się mogło.
Dziś nie będzie o sportowcach, trenerach, sędziach czy działaczach. Nie oni grają w tym felietonie główną rolę. Ale będzie o roli najbardziej niewdzięcznej i przez wielu znienawidzonej. A ja sam zastanawiam się czy po poniższych słowach zostanę od razu zabity, czy wpierw wykastrowany, a dopiero potem zamordowany przez kolegów po fachu. Bo dziś, moi drodzy, będzie o ludziach znienawidzonych. O roli, jakiej nie zagrałby nawet Al Pacino czy Robert De Niro. Panie i panowie: dziennikarz! Tak, nie musicie klaskać, ani wstawać.
Czy zastanawialiście się kiedyś, czym byłby świat sportu, bez dziennikarzy? Czy takowy w ogóle mógłby istnieć? Czy byłoby to może Hollywood bez słynnego napisu? Sportowa społeczność dzieli się, bowiem na dwie grupy. Pierwsza, to grupa uwielbiana, kochana, a wręcz ubóstwiana, czyli sportowcy, trenerzy i działacze. O nich zwykli ludzie mówią najwięcej. Często są niczym bracia Mroczkowie. Bez talentu, bez umiejętności, ale i tak się o nich mówi, bo przecież to sportowcy! Druga grupa to ci, którzy o nich piszą, robią wywiady i dają możliwość darmowej reklamy (lub antyreklamy, jeśli jest się beztalenciem), a więc dziennikarze. I tutaj sprawa ma się inaczej. Można być niczym Johnny Depp, ale dopóki Twój film (czytaj wywiad, felieton, komentarz) nie staną się słynne, to nie masz, co liczyć na chwałę i uwielbienie. Zresztą w naszym przypadku o „sławę, kubańskie cygara i darmowe drinki z palemką” jest znacznie ciężej niż sportowcom. Powód? Nie mówi się o nas tak głośno. Bo niby kto miałby nagłaśniać nasze czyny? Ponad 98% sportowców nie lubi nas. Nawet jeśli piszemy o nich dobrze, to i tak nie powiedzą fanom: czytajcie i słuchajcie tego i tego dziennikarza. Nie. Społeczność ma nas głęboko w… poważaniu. No chyba, że jak słynny pan Szpakowski popełniamy w każdym meczu milion błędów. Wtedy mówi się o takim dziennikarzu non stop. Szkoda tylko, że nie ze względu na umiejętności, tylko właśnie na błędy. „Marszczerano” (nie pytam, co to za poranna czynność) zamiast poprawnej wersji nazwiska Javiera Mascherano, czyli „Maszerano”. To tylko jedna z tysięcy wpadek tego, chyba najbardziej, znanego komentatora w Polsce. Wspominam o panu Szpakowskim., bo jest on, bowiem doskonałym przykładem tego, jak można popełniać wiele wpadek, a mimo to być na dziennikarskim stołku tyle lat. Czy mam mu to za złe? Nie. Skoro się trzyma, to znaczy, że umie kombinować. Szkoda tylko, że redakcje naczelne, czy to kanałów sportowych, czy gazet bądź stacji radiowych, nie próbują dawać szans młodym dziennikarzom. Bo nie ukrywajmy, że w filmie z Melem Gibsonem nie da się wybić ponad niego, choćby zagrało się niczym Marlon Brando. I choć Szpakowskiemu bliżej do aktorów klasy B, to nikogo, kto mógłby go zastąpić nie widać. I być może Was zaskoczę, ale tak jest wszędzie.
Dziennikarz sportowy to bowiem najbardziej niewdzięczny zawód. Gdy wchodzi się do tego świata, to od razu z góry wypróżniają na Ciebie starsi dziennikarze, którzy zrobią wszystko, byleby tylko nie stracić posady, a z dołu atakują sportowcy, którzy zagryzą Cię na śmierć, jeśli ośmielisz się im przeciwstawić. Oczywiście, są od tego wyjątki, ale to jedynie kilka kropel w oceanie wyścigu szczurów. Zgadza się - młodzi dziennikarze są niczym Rowan Atkinson w filmie „Wyścig Szczurów”. Biegną po nagrodę główną, choć tak naprawdę nie wiedzą po co, dlaczego i co im to da. Choć jeśli nawet jesteśmy pewni swych marzeń i celów, to nie ma co się bawić w opowiadanie bajek. Wybić się w dziennikarstwie sportowym nie jest ciężko. Tak, zgadza się - nie jest ciężko. Jest CHOLERNIE ciężko! Możesz być naprawdę genialny, ale w tym kraju to się nie liczy. Skoro nie masz znajomości, to zaczniesz od zera. Nawet jeśli będziesz miał szczęście, to Twoją pracą będzie podawanie kawki i herbatki oraz przyklaskiwanie każdemu pomysłowi ludzi, którzy są nad Tobą. I nie licz, że dadzą Ci szybko szansę. Nie. Tutaj jest jedno prawo. Albo masz jaja i wpychasz się wszędzie sam, albo jesteś grzeczny i czekasz do usranej śmierci na szansę. Co wybierasz? Na nas, dziennikarzy, uwielbia się też narzekać. Sportowcy nas nienawidzą, a trenerzy tym bardziej. Bo źle piszemy, bo kłamiemy i wmawiamy wszystkim, że prawda jest inna niż w rzeczywistości. I… w sumie, to mają rację. Bo w dziennikarskiej społeczności jest wiele beztalenci, którzy dzięki znajomościom mają ciepłą posadkę. I tak, denerwuje mnie to strasznie. Bo o ile pan Szpakowski pomimo błędów potrafi komentować z emocjami, tak wielu jest ludzi, którzy nie mają pojęcia o tematyce sportowej, ale piszą i mówią o niej, bo przecież mogą. Jasne, że mogą, ale niech to robią na blogach, facebooku czy twitterze, a nie profesjonalnych stacjach telewizyjnych czy w gazetach. Niestety, nie zwraca się na to uwagi. Nie daje szansy młodym, a trzyma tych, których się zna. Nieważne czy dobrzy, czy źli. Liczy się, że są. Także nie ma co się dziwić, że dziennikarstwo sportowe w Polsce upada. Brak już tak wyrazistych postaci jak arcymistrz pan Bohdan Tomaszewski, czy inny wielki geniusz, niestety już nieżyjący, nieodżałowany pan Jan Ciszewski. Dziś mamy rozsianych wielu przeciętnych dziennikarzy, którzy może i mają talent, ale tłamszą go gdzieś w sobie. Naprawdę dobrych jest niewielu.
Pewnie zastanawiacie się, po co jest ten felieton. Czy wylewam w nim swoje kompleksy? Nie, bo to, że jestem dziennikarzem nie jest powodem do kompleksu. A może chodzi o to, że nie jestem sławny? Przykro mi, też nie. „Sławny dziennikarz” brzmi źle. Lepiej być dobrym dziennikarzem. Wielu czeka na swą oskarową rolę. Czy doczekają się - nie wiadomo, ale liczę, że choć na chwilę każdy z nas kiedyś przystanie i pomyśli nad tym, czym tak naprawdę jest dziennikarstwo i jak ono powinno wyglądać.