Faza play-off w NBA dopiero zbliża się do najważniejszych rozstrzygnięć, ale powoli można się już zastanawiać nad tym, co będzie działo się w lecie i nie mówię tu o negocjacjach przedstawicieli zawodników z władzami ligi i potencjalnym, bardzo prawdopodobnym lockoucie.
Play-offy przyniosły nam jak na razie zakończenie pewnych epok w czołowych drużynach oraz kariery trenerskiej jednego z najlepszych (a na pewno najbardziej utytułowanego obok Reda Auerbacha) coachów ligi. Pokazały także konieczność zmian w karierze najlepszego obecnie centra ligi. Półfinały konferencji to także pewnie ogromne rozczarowania, szczególnie dla tych, którzy liczyli na siedmiomeczowe, historyczne serie między Lakers - Mavericks i Heat - Celtics. Mimo iż przed nami finały konferencji, to przyjrzyjmy się sytuacjom w drużynach, które już mogą wybrać się na wakacje.
Żegnaj Phil, czyli co dalej z LA Lakers?
Zaczniemy od Miasta Aniołów, gdzie po zakończeniu kariery przez Phila Jacksona zwolniło się miejsce na ławce trenerskiej. To właśnie tu będzie miała miejsce najważniejsza zmiana w drużynie Jerry’ego Bussa. Faworytem jest Brian Shaw, za którym lobbują sami zawodnicy. Prócz niego jednak jest jeszcze kilka ciekawych opcji szkoleniowych. Jedną z nich na pewno jest Rick Adelman, który wykonywał świetną robotę w Rockets, ale niestety - nie miał szczęścia i na długie miesiące wypadały mu ze składu gwiazdy "Rakiet", czyli Yao Ming i Tracy McGrady. Innym kandydatem jest Jeff van Gundy, który od kilku lat zasiada na krześle, ale komentatorskim, i mimo iż co roku wymienia się go jako człowieka, który ma objąć gdzieś stanowisko trenera głównego, to jednak dalej możemy słuchać jego ciekawych komentarzy podczas meczów ligi. Decydujący głos w tej sprawie będzie pewnie należał do gwiazdy Lakers - Kobe’go Bryanta, który wybierze coacha, z którym najlepiej się dogada i od którego dostanie dużo swobody w grze. Klęska w rywalizacji z Dallas, pokazała jednak, że nie może obejść się bez zmian personalnych wśród zawodników. Pau Gasol dał swoją grą mocny argument do rąk jego przeciwników. Także Andrew Bynum co sezon pokazuje, że póki co, nie jest gwarantem dominacji pod koszem, a jedynie kontuzji, które trapią go co sezon. Bardzo prawdopodobne, że właśnie ktoś z tej dwójki zostanie wymieniony.
Szatnia Lakers potrzebuje świeżej krwi, potrzebuje gracza, który będzie w stanie odciążyć w ofensywie Bryanta. Nie łudźmy się, że KB dalej jest w stanie dostarczać 30 punktów co mecz przy blisko 50% skuteczności. Inna sprawa, to czy Kobe nie łudzi się, że dalej jest w stanie tego dokonać. Widzieliśmy w tym sezonie masę meczów, w których próbował monopolizować ofensywę własnego zespołu, oddawać rzuty na siłę, przez co team nie mógł wpaść w odpowiedni rytm w ataku. Mimo iż można go trochę rozgrzeszać, bo naprawdę, szczególnie w play-offach, nie miał z kim grać, to jednak trzeba zrozumieć, że najlepiej jak ciut usunie się w cień i da więcej piłki kolegom. Musi mieć jednak komu ją oddać i w tym teraz głowa generalnego menadżera LAL Mitcha Kupchaka, żeby mu to zapewnić. Kluczowe także powinno być znalezienie dobrego rozgrywającego, który uporządkuje grę i nie będzie dziurą w obronie. Na szczęście dla fanów Lakers wraz z odejściem Phila Jacksona powinna skończyć się także era Dereka Fishera, który już od co najmniej dwóch sezonów jest zakałą drużyny zarówno w ofensywie, jak i defensywie, a pojęcia o rozgrywaniu nie ma żadnego. Oczywiście gdy Kobe był młodszy i bardziej witalny, to ktoś taki jak Fisher wystarczył, gdyż miał za zadanie tylko przeprowadzić piłkę przez połowę, ale w obecnej sytuacji potrzeba prawdziwego point guarda i wielka szkoda, że "Jeziorowcom" nie udało się ściągnąć Kirka Hinricha, który pasowałby idealnie. Steve Blake niestety także w tym sezonie grał znacznie poniżej oczekiwań, na co złożyły się kontuzje i nieznajomość sławnej taktyki Jacksona, czyli tzw. "trójkątów". Często było to przyczyną bardzo wolnego i nieefektywnego wprowadzania do drużyny nowych zawodników, lecz po tym sezonie powinno już się to zmienić.
Gdzie wyląduje Superman?
Czy nową gwiazdą Staples Center zostanie Dwight Howard? Nie bez przyczyny teraz poruszę kwestię dalszej gry Howarda dla Magic, ponieważ wiele mówi się o tym, że chrapkę na najlepszego centra ligi mają właśnie Lakers. W drugą stronę miałby powędrować niewątpliwie bardzo utalentowany, aczkolwiek stopowany przez kontuzje Andrew Bynum (swoją drogą zauważcie, ilu czołowych centrów ligi nie może pokazać pełni umiejętności przez ciągle urazy: Bynum, Bogut, Oden… Już nie wspominając o Yao). DH ma kontrakt z Orlando do 2012 roku, ale już tego lata olbrzymi ból głowy będzie miał Otis Smith (generalny menadżer Magic). Musi albo próbować już tego lata wytransferować Howarda za graczy, na których można by w przyszłości oprzeć nowy zespół, albo postarać się o wzmocnienie drużyny. Tyle tylko, że do przedłużenia kontraktu Howarda skłoniłoby tylko przyjście Chrisa Paula lub rozgrywającego na jego poziomie, a tych niewielu jest w lidze, jeśli nawet w ogóle. Kto jednak chciałby przejąć kontrakty Gilberta Arenasa czy Hedo Turkoglu? Oczywiście w lidze nie brakuje głupich generalnych menadżerów, lecz szanse na transfer są niewielkie. Najgorsze co oczywiście mógłby zrobić teraz Smith to… nie robić nic, ponieważ za rok zostałby z niczym.
Nigdy, szczerze mówiąc, nie byłem zwolennikiem talentu Dwighta Howarda i mimo iż niewątpliwie poczynił pod okiem Patricka Ewinga postępy w grze tyłem do kosza, to jednak dalej jest dla mnie zawodnikiem trochę ograniczonym i absolutnie niezasługującym na stawianie na jednej półce chociażby z Shaquillem O'Nealem, oczywiście z najlepszych lat. Wszyscy, którzy mają inne zdanie, niech sobie przypomną, jak wyłączany był z gry Howard w spotkaniach przeciwko Celtics i odpowiedzą na pytanie, czy możliwe byłoby coś takiego z O’Nealem na początku tego stulecia? Wielu pewnie także nie mogło napatrzeć się niesamowitym cyferkom, jakie wykręcał center Magic w przegranej serii z Hawks. Proponuję jednak także spojrzeć na kolumnę „TO” (turnovers - straty). Howard zaliczał średnio 5,5 straty na mecz, co przy kryciu "jeden na jeden" (a taką taktykę zastosował Larry Drew, dlatego DH kręcił tak niesamowite wyniki indywidualne) jest naprawdę wynikiem strasznym i bez wątpienia miało wpływ na porażki w spotkaniach, w których wynik był na styku. Howard oczywiście może spełnić swoje marzenia o mistrzowskim pierścieniu, lecz tylko jako druga, a nawet trzecia opcja w ataku. Wykorzystanie do maksimum jego umiejętności defensywnych, wpływu na obronę zespołową, a w ofensywie skutecznego wykańczania pod koszem - to klucz do sukcesu przyszłej drużyny Howarda. Dużo piłki w jego rękach dalej od kosza to samobójstwo dla każdego zespołu. Może następnie będzie nim Orlando? Może ambicje Howarda nie dadzą o sobie znać i zostanie lojalny wobec swoich przyjaciół na Florydzie? O sukcesy jednak dalej ze Stanem van Gundy’m na ławce może być niezwykle ciężko.
Gregg, Tim, Manu, Tony - może dajcie już sobie spokój? Tyle osiągnęliście...
Nie może być teraz mowy o nikim innym, aniżeli o San Antonio Spurs, czyli drużynie, która czterokrotnie sięgała po tytuł od dwunastu lat. Pod wodzą Gregga Popovicha byli obok Lakers najlepszą drużyną pierwszej dekady XXI wieku, lecz w tym roku po raz drugi z rzędu pożegnali się w bardzo słabym stylu z play-offami, a Popowi po raz kolejny nosa utarł żółtodziób, bo tak należy przy osiągnięciach i doświadczeniu Gregga traktować coacha Phoenix Suns - Alvina Gentry’ego i Memphis Grizzlies - Lionela Hollinsa. Rodzi się pytanie, czy to już koniec znakomitego trenera? Bo co do końca drużyny "Ostróg" w takim kształcie, to chyba nikt nie ma wątpliwości, mimo znakomitego sezonu zasadniczego. Duncan i Ginobili są już za starzy, żeby dalej prowadzić w pojedynkę drużynę do wielkich sukcesów, a George Hill, DeJuan Blair czy Richard Jefferson nie są w stanie wziąć gry na swoje barki. Tony Parker także już coraz częściej rozczarowuje i potrzeba zmian podobnych do drużyny Lakers, czyli świeżej krwi i strzelca, na którym można będzie oprzeć atak zespołu. Weterani Spurs na pewno w mniejszej roli są w stanie jeszcze walczyć o najwyższe cele, czyli mistrzostwo, kto jednak miałby odmienić ten zespół? Może po prostu nowa twarz na ławce? Duncan, Manu i Parker, mimo iż nigdy tego nie powiedzą, to może po prostu już są zmęczeni pracą z Greggiem? To wspaniały szkoleniowiec bez wątpienia, ale obcowanie z nim od tylu lat może już mieć negatywne skutki. A może jednak w San Antonio zdecydują się na całkowitą przebudowę zespołu i odpuszczenie walki o tytuł w ciągu najbliższych kilku lat?
Big Trio, jednak nie takie BIG, czyli zaprzepaszczona ostatnia szansa
To miała być ostatnia szansa starzejącej się trójki Boston Celtics na powtórzenie sukcesu z 2008 roku i trzeba przyznać, że były podstawy, aby w to wierzyć. Kevin Garnett otrzymał chyba nowe kolana i znowu był postrachem zarówno pod własnym koszem, jak i koszem rywali. Ray Allen w wieku 35 lat rozgrywał najlepszy sezon w Bostonie i serwował nam niesamowite wręcz cyferki strzeleckie, a Paul Pierce grał na swoim dobrym poziomie, do którego przyzwyczaił nas od lat. W pierwszych trzech spotkaniach sezonu zasadniczego z Miami, "Celtowie" pokazali, że bardziej od indywidualnych popisów i umiejętności liczy się zgranie, doświadczenie i chemia w drużynie. W ostatni dzień przed końcem okna transferowego, generalny menadżer Celtics Danny Ainge zrobił ruch, który wielu zszokował. Oddał jedynego zdrowego centra - Kendricka Perkinsa i świetnie dopasowanego z ławki do zespołu Nate’a Robinsona za najgorszy podkoszowy duet w lidze, czyli Krstic - Green. Potem także na wzmocnienie drugiego składu ściągnięto Troya Murphy’ego i Delonte Westa. Wszyscy wiedzieli, że to nie wypali, nie wiedział tego jednak Ainge i efekt był taki, że po szybkim 4-0 z Knicks w I rundzie, Celtics równie szybko dostali od Heat 1-4. Ciężko teraz jednoznacznie powiedzieć, czy była to wina tych zmian, które jednak na pewno żadnych korzyści nie przyniosły, czy po prostu Miami się dotarło i starzy Garnett, Pierce i Allen nie mieli szans rywalizować z takimi młodszymi, jak James i Wade? Na pewno brakowało w drużynie z Bostonu Shaquille'a O’Neala, ale czy zmieniłby on obraz gry na tyle, aby to „Celtowie” szykowali się dziś do rywalizacji z Chicago? Pewne jest tylko to, że z jednej z najciekawiej zapowiadających się serii ostatnich lat nic nie wyszło i zamiast siedmiu meczów, obserwowaliśmy tylko pięć. Jeżeli w tym roku "wielka trójca" (+ Rajon Rondo) nie była w stanie powalczyć z Miami, to tym bardziej nie zrobią tego za rok. Według wielu to była ostatnia szansa Bostonu w takim formacie i została ona zmarnowana. Większość zawodników ma kontrakty przynajmniej do 2012 roku i ciężko teraz stwierdzić, co zrobi Ainge. Czy spróbuje wzmocnić zespół i znowu powalczyć o mistrzostwo? To przy mocnych zespołach Bulls i Heat wydaje się przynajmniej na dziś mocno wątpliwe.
Oczywiście lockout może dużo namieszać, jednak bez wątpienia czeka nas bardzo interesujące lato. Z wielkim zaciekawieniem będę obserwował poczynania czterech generalnych menadżerów - Kutpchaka, Smitha, Ainge i Bufforda (SAS). Czy nadeszły czasy, że Spurs czy Celtics będą musieli zrobić ten przysłowiowy krok w tył, aby potem zrobić dwa w przód? Na pewno dochodzi do pewnej zmiany warty w lidze. Na wschodzie czeka nas dominacja Chicago i Miami, zaś na zachodzie pierwszoplanowe role w najbliższych latach będą grali ci którzy właśnie skończyli rywalizację o finał Konferencji Zachodniej, czyli Oklahoma City Thunder i Memphis Grizzlies.