Podczas gdy wszystkich emocjonują wymiany takich największych gwiazd ligi jak Chris Paul i Dwight Howard, jedna z drużyn z Zachodniego Wybrzeża spokojnie kompletuje swój skład. Losy tej ekipy interesują, niezależnie od sympatii, większość polskich fanów z prostej przyczyny. Jedną z głównych ról pełni w niej jedyny obecnie Polak w najlepszej lidze koszykarskiej świata - Marcin Gortat, a w przeszłości zatrudniała ona także Czarka Trybańskiego i Macieja Lampe. Tą drużyną są oczywiście niesamowici Phoenix Suns. W ich Arizonie przez większość roku świeci słońce, jednak czy „Słońca” z Phoenix będą w najbliższych latach świecić równie często?
Suns w ostatnim sezonie trafili z nieba do piekła. Z ekipy, która toczyła wyrównany bój w finale konferencji z Los Angeles Lakers (późniejszymi mistrzami), stali się zwykłym przeciętniakiem, który kręcił się niedaleko ósmej pozycji, dającej awans do fazy play-off. Ostatecznie zakończyli sezon zasadniczy na dziesiątym miejscu w Zachodniej Konferencji. Regres ten wynikł z utraty najlepszego strzelca , silnego skrzydłowego Amare Stoudemire'a, który tworzył z rozgrywającym Stevem Nashem najlepszy duet niski - wysoki w lidze. Mimo tego większe problemy podopieczni trenera Alvina Gentry'ego mieli w defensywie niż w ofensywie. W grudniu próbowano ratować sytuację i pozbyto się Jasona Richardsona i Earla Clarka, za podstarzałego all-stara Vince'a Cartera, naszego Gortata i atletycznego skrzydłowego Mickaela Pietrusa. Z czasem przyszły postępy, głównie za sprawą naszego rodaka, który dobrze spisywał się w obronie, zbierał wiele piłek na tablicach i do tego świetnie współpracował z Nashem, wielokrotnie będąc najlepszym strzelcem swojej drużyny. Sezonu jednak nie udało się uratować i koszykarze z Phoenix zakończyli go z ujemnym bilansem 40-42.
Lepszych wyników także nie oczekujmy w nadchodzącym skróconym sezonie. Suns skupili się na ruchach, które nie zapychają im salary cap (pułapu wynagrodzeń) i za rok będą jedną z drużyn, która będzie miała najwięcej do wydania na rynku wolnych agentów. Dotychczas w Phoenix podpisano tylko roczne umowy - z rezerwowym rozgrywającym Sebastianem Telfairem (1,5 mln $), efektownie grającym rzucającym obrońcą Shannonem Brownem (3,5 mln) i przedłużono z najstarszym (39 lat!) graczem w lidze, ale wciąż jakże przydatnym po obu stronach parkietu - Grantem Hillem (aż 6,5 mln z powodu wielu atrakcyjnych ofert ze znacznie silniejszych drużyn). Nową twarzą będzie także wybrany z numerem 13 w tegorocznym drafcie Markieff Morris, który jeżeli dostanie swoje minuty w rotacji coacha Gentry'ego to powinien być bardzo przydatnym zawodnikiem pod koszem i może stworzyć ciekawy duet z Gortatem. Oczywiście w Suns pozostaje na ostatni rok swojego kontraktu jeden z najlepszych rozgrywających ligi w historii - Steve Nash. Kanadyjczykowi, mimo 37 lat na karku, nie prędko ani do kończenia kariery, ani do rozpaczliwej próby załapania się w składzie jakiegoś faworyta do mistrzostwa, żeby tylko zdobyć upragniony pierścień. Ostatnio jest to bardzo modne wśród byłych gwiazd, którym jednak nie dane było sięgnąć po mistrzowskie trofeum. Nashowi, jak mało komu, można tego życzyć, jednak jak widać, urodzony z Johanesburgu rozgrywający ma inne cele i wartości.
Generalny management Suns dokonał jeszcze dwóch trafnych ruchów przed tym sezonem. Pozbyli się oni obowiązującego ostatni rok 18-milionowego kontraktu Vince'a Cartera i będą mu musieli wypłacić tylko gwarantowane 4 miliony. To samo uczyniono z kontraktem Pietrusa, który wysłano prosto do Kanady, a konkretniej do Toronto. W zamian „Słońca” otrzymały gotówkę i wybór w drugiej rundzie przyszłorocznego draftu, który zapowiada się najmocniej od lat, dlatego ten pick może być bardzo wartościowy. Szczególnie, że jest od jednej z najsłabszych drużyn jak Raptors. Pozostaje także kwestia, jaki wybór w drafcie zagwarantują sobie w pierwszej rundzie Suns. A to zależy już tylko od ich postawy w tegorocznym sezonie i potem od losowania. Wątpię, aby Phoenix celowo odpuszczali ten sezon, ponieważ nie zatrzymywaliby wtedy w swoich szeregach chociażby Granta Hilla, który mógł powalczyć o znacznie wyższe cele w takich drużynach jak Spurs, Clippers czy Knicks. Istnieje możliwość, że drużyna z Arizony wystartuje z celem awansu do fazy play-off, lecz w trakcie sezonu zweryfikuje swoje plany. Na pewno w zrealizowaniu tego celu nie pomoże terminarz, który tradycyjnie dla „Słońc” już należy do najtrudniejszych w lidze. Nie przekreślałbym jednak szans ekipy Alvina Gentry'ego. Choć na papierze przedstawić ją można bardzo prosto: dwaj starzy, byli all-starzy (Nash, Hill) i masa "rolesów", czyli graczy zadaniowych (Dudley, Childress, Gortat, Frye..). Jest to jednak grupa zgranych i ambitnych zawodników, dlatego daleki jestem od stwierdzeń , że Phoenix Suns nie mają żadnych szans na awans do play-off, tym bardziej, że wiele drużyn na Zachodzie jest w fazie budowania.
Aktualny stan mający miejsce w Arizonie możemy nazwać okresem przejściowym, który co kilka lat dotyka właściwie każdą z ekip. Wygląda na to, że nie musi on trwać wcale długo. Tak jak wspominałem, Suns za rok będą mieli dużo środków, czyli miejsce na co najmniej jeden, jak nie nawet dwa maksymalne kontrakty, a mają jeszcze możliwość amnestionowania niewygodnej umowy (np. Hakeema Warricka). Ściągnięcie młodej gwiazdy, wokół której będzie można budować zespół, to doskonała droga do rozpoczęcia nowej "dynastii" w Phoenix. Dodatkowo Nash mógłby się skusić do pozostania w Phoenix i podpisania kontraktu za minimum dla weteranów. A nie zapominajmy także o talentach, które Suns będą mogli zdobyć w bardzo mocno obsadzonym drafcie 2012.
Phoenix Suns to drużyna, która miała w swojej historii wielkich zawodników. Drużyna, która grała wielkie sezony. Drużyna, której gra zapierała dech w piersiach wielu kibiców. To także jednak drużyna, która nigdy nie zdobyła mistrzostwa, mimo iż grała zarówno w finałach konferencji, jak i finale ligi. Czy nadejdą w końcu złote czasy dla ekipy Charlesa Barkleya, Kevina Johnsona, Dana Majerle czy Steve'a Nasha? Może Marcin Gortat w ciągu kilku najbliższych lat zapisze się wraz ze swoimi kolegami na kartach historii? Niezależnie komu obecnie kibicujemy w lidze, to trzeba jednak przyznać, że tej drużyny nie da się nie lubić i trzeba jej życzyć jak najlepiej. GO SUNS, GO!