Już za kilka dni najlepsza koszykarska liga świata wznowi swoje rozgrywki. Dla każdego szanującego się fana NBA poza doznaniami płynącymi z kolejnych nocnych seansów z udziałem najlepszej koszykarskiej obsady, to również czas sezonu fantasy. Dla niektórych jedno nie istnieje bez drugiego. Inni traktują to jako dodatkową motywację do wytrwalszego śledzenia tego, co dzieje się na koszykarskich parkietach za oceanem. Co sprawia, że popularność wirtualnych lig rośnie z każdym kolejnym sezonem? Prostota oraz prawdziwa rywalizacja, czasem nie mniejsza niż ta, którą podziwiamy na ekranach telewizorów podczas spotkania pomiędzy Los Angeles Lakers, a Boston Celtics. Obecnie można przebierać pośród dostępnych platform oferujących ową rozrywkę: od "ESPN", po "Yahoo", a na "NBA" kończąc. Opcji utworzenia lig jest wiele, co sprawia, że każdy znajdzie najbardziej mu odpowiadającą.
Ligi fantasy potrafią uczynić z nawet najprzeciętniejszego meczu widowisko, które będziemy obserwować z wypiekami na twarzy, bo "przecież w tym meczu gra jeden z naszych zawodników." Dla początkujących wystarczy sama znajomość realiów NBA, obcowania z ciekawostkami i informacjami na temat poszczególnych zawodników czy drużyn. Dalszym stadium uzależnienia staje się notoryczne przesiadywanie z kalkulatorem w dłoni i zastanawianie się, jak nasi koszykarze wypadli na tle rywali. Od czego zacząć, jeżeli zdecydowani jesteśmy dołączyć do grona menadżerów fantasy? Przede wszystkim od doboru osób chcących tworzyć ligę od dnia rozpoczęcia sezonu, aż do ostatniego spotkania. Samo doświadczenie nie jest tutaj istotne. Najważniejsza u graczy jest konsekwencja i jakkolwiek to śmiesznie nie zabrzmi pasja. Czasem bowiem jedna osoba, która po miesiącu uzna, że nie chce dalej brać udziału w zabawie, potrafi zepsuć całą radość z gry, a nawet wypaczyć wynik całego sezonu. Ile osób najlepiej zaprosić? Wszystko tak naprawdę zależy od naszej inwencji i planu na prowadzenie ligi. Optymalną liczbą wydaje się być od ośmiu do dwunastu zawodników. Wtedy zawsze istnieje możliwość, że osoba wybierająca z najniższym numerem w drafcie, wciąż może namieszać w szykach innym, a nawet i ku zdziwieniu innych wygrać na koniec sezonu. Wspomniany przed chwilą draft to chyba jeden z najistotniejszych momentów podczas całej rozgrywki. W zależności od tego jak komisarz ligi ustali sposób draftu (możliwa jest forma licytacji zawodników, klasyczny "wężyk", forma live, lub offline) tak kolejni poszczególni menadżerowie będą dokonywać wyborów koszykarzy do swoich ekip. Jak będziemy budować drużynę zależy tylko i wyłącznie od nas oraz... sposobu punktowania.
Rodzajów lig fantasy jest wiele. Najłatwiejszym i zarazem najpopularniejszym wydaje się być "fantasy points". Polega to na tym, że za każdą z ustalonych wcześniej statystyk otrzymujemy punkty. Dla przykładu:
- Komisarz ustalił, że punktowaniu podlegać będą: zbiórki (1pkt), asysty (1pkt), przechwyty (1,5pkt), bloki (1,5pkt), trafiona "trójka (1pkt), zdobyty punkt (1pkt) oraz strata (-2pkt).
- Nasz zawodnik osiągnął następujące statystyki: 24 punktów, 1/1 za 3, 6 zbiórek, 5 asyst, 1 blok, 2 straty.
- Według powyższej punktacji nasz gracz otrzymuje 33,5 oczek.
Zabawę wygrywa gracz, który oczywiście zdobędzie najwięcej punktów na koniec sezonu. Ocenianych statystyk oczywiście może być więcej, wszystko zależy od organizatora ligi. Proste i przejrzyste, nawet dla początkujących.
Kolejną opcją jest "rotisserie", popularnie zwaną "roto". Tutaj zabawy jest zdecydowanie więcej, tak jak samej analizy statystyk, obecnej sytuacji zawodników w klubach jak i koncepcji na budowanie zespołu, bo bez takowej wygrać tutaj po prostu nie można.
W tym typie fantasy ocenie podlega min. osiem wcześniej ustalonych statystyk lub tak jak w przypadku "points" więcej. Różnica polega na tym, że dla każdej tworzony jest oddzielny ranking. W każdej z nich osoba mogąca pochwalić się najlepszym rezultatem zdobywa liczbę punktów równą ilości graczy w lidze. Czerwona latarnia otrzymuje zaledwie jeden. Pod koniec sezonu zwycięzca wybierany jest na podstawie zsumowania zdobytych we wszystkich mini-kategoriach punktów. Obrana przed rozpoczęciem rozgrywek taktyka ma ogromne znaczenie. Czasem drużyna, która na papierze nie robi większego wrażenia, może w znaczący sposób odskoczyć reszcie stawki. Jeżeli zależy nam na dobrym wyniku w kategorii asyst i skuteczności osobistych, zamiast Derricka Rose'a lub Russela Westbrooka lepiej zastanowić się nad wyborem np. Steve Nasha. W takim wypadku unikamy jak ognia graczy zaniżających średnią drużyny w asystach i celności rzutów wolnych. Dlatego grzecznie przepraszamy Pana Dwighta Howarda i wybieramy np. Ala Horforda, który jak na centra świetnie spełnia wyznaczone kryteria. Czy istnieje recepta na wygranie "rostisserie"? Najbezpieczniejszym wyjściem wydaje się być dobór zawodników uniwersalnych, którzy choć nie będą najlepszymi w poszczególnych statystykach, to również nie zaniżą żadnej w stopniu uniemożliwiającym walkę o wyższe pozycje. Dlatego właśnie tak bardzo ceniony w "roto" jest Stephen Curry lub Josh Smith, ze względu na ich użyteczność na niemal każdym polu. Jeżeli po drafcie nie do końca jesteśmy zadowoleni ze składu jakim dysponujemy, to czeka nas jeszcze więcej frajdy, płynącej z wymian lub sięgania po tzw. wolnych agentów.
Trzecim i ostatnim rodzajem rozgrywania fantasy jest "head to head". W kwestii punktowania jest identyczna jak przed chwilą omawiana "roto". Sam sposób rozgrywki jest również podobny. Te same mini-rankingi w każdej ze statystyk i również te same sposoby przyznawania punktów. To co różni "h2h" (skrót od "head to head") od "rostisserie" to wyznaczanie menadżerom co tydzień innych przeciwników. Polega to na tym, że rywalizujemy z innym z graczy ligi przez siedem dni we wszystkich statystykach. Drużyna, która wygra więcej z nich, wygrywa i sam pojedynek. Dla przykładu:
- nasza drużyna wygrywa w zbiórkach, asystach, przechwytach, blokach i skuteczności osobistych
- rywal jest lepszy w zdobytych punktach, ilości trafionych "trójek", skuteczności rzutów z gry i ilości strat. W efekcie wygrywamy 5:4.
W tym wypadku istotne jest wystawienie na poszczególny tydzień zawodników mających do rozegrania najwięcej meczów w danym okresie. To co jest całkowicie inne od wcześniejszych fantasy to Playoffy. Pod koniec sezonu uczestnictwo tych z drużyn, które zakwalifikowały się do dalszej części, wyłaniana jest na podstawie rankingu. Rywalizacja pozostaje ta sama, tygodniowa. Przegrywający pojedynek odpada, a zwycięzca awansuje do dalszej rundy, jak w tradycyjnych Playoffach.
Z proponowanych przez różne platformy sposobów rozgrywki nie sposób nie znaleźć czegoś odpowiadającemu nam. Jeżeli nie mamy możliwości utworzenia ligi fantasy od początku, to nic straconego, bowiem otwieranych lig jest tak wiele, że i tutaj nie będziemy mieli problemów z odnalezieniem swojego miejsca w wirtualnym, koszykarskim raju.
Mam nadzieję, że udało mi się chociaż w małym stopniu przybliżyć zasady rozgrywek fantasy. To wciąż tylko sucha teoria, być może i nic nie znacząca czcza gadanina. Prawdziwy charakter i klimat zabawy można poznać tylko i wyłącznie uczestnicząc w całym przedsięwzięciu. Jeżeli kochacie NBA, uważacie się za specjalistów i ekspertów to warto spróbować zmierzyć się z innymi i przekonać jak wasz napoleoński zmysł taktyka sprawdzi się na polu bitwy.
I pamiętajcie: Kto raz spróbuje fantasy, ten na zawsze w tym świecie pozostanie.