Dominacja nużąca dla widzów? O Vettelu i jego zespole słów kilka.

Dodany 20-10-2013, 15:25, do: Formuła 1,
Dominacja nużąca dla widzów? O Vettelu i jego zespole słów kilka.

Sebastian Vettel od połowy sezonu 2013 jedzie po swój czwarty z rzędu tytuł. I to jedzie nie byle jak, bo pozostawia rywali w tyle do tego stopnia, że ten jadący za nim szczyci się "czystym powietrzem".

Niedługo rozegra się szesnasta runda w kalendarzu - Grand Prix Indii, gdzie młody Niemiec może przypieczętować zwycięstwo w generalnej klasyfikacji kierowców. Niestosowne byłoby pytanie, czy może to zrobić. Pytanie brzmi kiedy: a uzależnione jest od tego, ile chęci oraz motywacji znajdą w sobie konkurencyjni zawodnicy, aby przerwać owy ochoczy taniec do mety.

"Weltmeister", jak zwą Niemca jego krajanie, osiągnął po ostatnim wyścigu w Japonii niebywały wynik. Liczba zebranych punktów stawia go na równi z zespołem Ferrari - 297 pkt. Jak widać, Formuła 1 weszła na wyjątkowy poziom rywalizacji - Sebastian Vettel kontra reszta stawki. Biorąc pod uwagę cierpiętnicze próby wywalczenia mistrzostwa przez Scuderię Ferrari, mając samego Niemca w składzie, mogliby zrezygnować z usług Massy już kilka sezonów wcześniej... Oczywiście tak humorystyczne deliberacje są ostatnią deską ratunku dla fanów każdej załogi, która nie jest sygnowana znakiem "czerwonego byka". Jak rodeo urządzane przez Sebastiana wpływa na oglądalność królowej sportów motorowych? Czy Vettelomania rozpowszechniona jest na skalę dawnej Schumacheromanii, występującej w czasach dominacji niepokornego jeźdźca "czarnego rumaka"? Odpowiedzi najlepiej poszukać w kraju, który te dwa dorodne plony spłodził.

Sport Bild opublikował ostatnio zdjęcie, pokazujące spadek udziałów oraz oglądalności Formuły 1 w telewizji RTL. Jako przykład podano gorące okresy Schumachera oraz Vettela.

Pierwsza zauważalna różnica między nimi jest taka, że Vettel nigdy nie osiągnie apogeum kultu, jakim cieszył się jego idol, Michael Schumacher. Odmienna historia, inny team i różne charaktery. Pionierem sukcesów popularności Formuły 1 w Niemczech (i nie tylko tam) był wielki "Schumi". Ludzie zbierali się w knajpkach i oglądali wyścigi. Patrzyli na rodaka, który niegdyś wygrzebywał opony ze śmietnika, a teraz ściga się na najwyższym poziomie. Widzieli osobę, która na torze była nieustępliwą, zadziorną, waleczną, czasem grającą nieczysto bestią. Wyścigowy potwór, mimo wielu kar i wykluczeń, nieustannie walczył i w pocie czoła przekraczał linię mety. Podziwiali też człowieka, który rozsławił Formułę 1 w Europie i doprowadził historyczny team Formuły 1 do niejednego zwycięstwa. Schumacher wyrwał Scuderię Ferrari z czeluści i stagnacji. Był ich siłą zapalną, iskrą i diamentem, który w odpowiednich warunkach błyszczał coraz jaśniej. Jak wielu stwierdzi, różne czynniki pozwoliły, bądź ułatwiły Dominatorowi wspiąć się na sam szczyt. Nie da się jednak spierać z tym, że w głównej mierze to niebywały talent, umiejętności i mocny charakter doprowadziły Michaela do siedmiu tytułów i największej dominacji w dotychczasowym sporcie motorowym (rekord pobił później Sebastien Loeb w WRC - 9 tytułów). Nie ma przypadkowej serii zwycięstw. Wszystko jest skutkiem czegoś.


W okresach triumfu najsłynniejszego kierowcy tamtych czasów, na trybunach niemieckiego toru wyścigowego zasiadał niekiedy młody Sebastian Vettel, zapatrzony w swego idola. Jak sam stwierdził po latach, podziwia Michaela nie za liczbę tytułów, nie za rekordy w statystykach, ale za wyścigową wolę walki i nieodpuszczanie do samego końca rywalizacji. Tak narodziła się "bestia numer dwa", tyle, że w łagodnym wydaniu. Vettel nie czesał czołówki w młodszych seriach wyścigowych, nie błyszczał ponadprzeciętnym talentem, a mimo wszystko znalazł się w regularnej stawce F1, kiedy jego drogi skrzyżowały się z nowo powstałym zespołem Scuderii Toro Rosso. Pozwoliło to Niemcowi z Hoppenheim pojeździć jeden sezon w młodszej rozwojowej stajni ekipy Red Bull Racing. I tu nagle, niesamowitym występem i wygraniem deszczowego Grand Prix Włoch na Monzie, Vettel podpisuje cyrograf z nowym pracodawcą, który od 2010 roku zapewniać mu będzie regularne zwycięstwa. Ku zaskoczeniu wielu, "Seb" z roku na rok powiększa przewagę, bije własne rekordy, nie słucha poleceń i staje się coraz bardziej krnąbrny. Starzy wyjadacze tacy jak Alonso, Raikkonen, Button od tej pory stale oglądają tylne skrzydło bolidu RBR z numerem 1. Na skutki nie trzeba było długo czekać: Ecclestone wymyśla nowe mieszanki i urozmaica widowisko Formuły 1 poprzez postoje, ale kibice narzekają. Nakazuje więc Pirelli zrobić jeszcze miększe mieszanki, które okazują się niestabilną konstrukcją - a kibice buczą, tym razem pod podium i tylko na stopień z numerem 1. Konkurencja narzeka na niepokonany zespół i kierowcę ścigającego swój własny cień. Wiadomo, że Vettel opanował perfekcyjnie jazdę na czele stawki. Tajemnicą poliszynela jest, czy pamięta jak się jeździ w jej środku...

26-letniemu chłopakowi od początku kariery sprzyja niebywałe szczęście. Safety Car wyjeżdża w odpowiednich momentach, podczas kontaktu w finałowej rundzie mistrzostw 2012 bolid nie ulega większym uszkodzeniom, flagi zostają wywieszone akurat w tym miejscu, w którym trzeba. Fart, ponadprzeciętne umiejętności czy bezkonkurencyjny bolid? I tutaj pojawia się kwestia Red Bull Racing.

Zespół został założony przez miłośnika sportów motorowych, Dietricha Mateschitza, który w 2005 roku za symbolicznego dolara odkupił od Forda upadający team Jaguar Racing. Wedle tej umowy Austriak miał w ciągu trzech lat zainwestować w team 400 mln dolarów. Początki nie były kolorowe. Pierwotne bolidy RBR napędzane były silnikami Coswortha, a później Ferrari. Pierwsze podium zapewnił stajni David Coulthard, finiszując na trzeciej pozycji dopiero podczas Grand Prix Monte Carlo w 2006 roku. Następny sezon przyniósł im korzystne zmiany w postaci nowego dostawcy silników - Renault. Od tej pory, małymi krokami Red Bull Racing dążył do obecnej dominacji.

Rok 2009 to debiut Vettela w austriackim zespole i pierwsze symboliczne zwycięstwo w Chinach. Najmłodszy kierowca, który wygrał GP, stoczył zacięty bój o palmę pierwszeństwa w zespole. Mark Webber miał za sobą doświadczenie, Vettel miał rok jazdy w F1 i jedno wygrane Grand Prix na Monzie. Młodziak został liderem zespołu. Webber zszedł na dalszy plan, po zaprzepaszczonym sezonie 2010. Kompilacja Vettel - bolid - team stawała się coraz lepsza, więc nie było sensu tego zmieniać. Newey tworzył coraz lepsze maszyny, balansował na granicy przepisów, wykorzystywał luki w regulaminach i osiągał wyniki. Zanim inne zespoły ruszyły do startu, RBR był już na mecie. FIA nie potrafiła uściślić przepisów do tego stopnia, by ukrócić kreatywność ekipy Red Bull Racing.

Można się zastanawiać, kto stoi za sukcesem teamu z siedzibą w Milton Keynes? Vettel, Newey, Horner, a może portfel Mateschitza? Odpowiedź jest jednak bardziej skomplikowana.

Red Bull Racing osiąga wyniki i dzięki temu jest magnesem na sponsorów. Pieniądze nie płyną tylko od koncernu napojów energetycznych. RBR stał się teamem wyścigowym z prawdziwego zdarzenia. Konkurencyjność zaczyna się w granicy 120 mln euro. Czołowe zespoły dysponują znacznie większymi kwotami - szkopuł w tym, jak to wykorzystują.
Ekipa z Milton Keynes dostaje przede wszystkim olbrzymie premie z FOM, za pierwsze miejsce w klasyfikacji konstruktorów. Lukratywnymi umowami z zespołem mogą pochwalić się Total, Casio, Pepe Jeans, Geox i wielu innych głodnych wilków, marzących o tym, byśmy akurat ich logo najczęściej oglądali w telewizji. Najbardziej intratna zdaje się być współpraca z Infiniti, japońskim producentem samochodów luksusowych, dla którego Vettel jest ambasadorem i który od 2013 roku stał się sponsorem tytularnym ekipy. W skład kolejnej, czteroletniej umowy z Infiniti, wchodzi nie tylko sponsoring, promocja marki, ale i współpraca w zakresie rozwiązań mechanicznych, jak np. system odzyskiwania energii kinetycznej na rok 2014. Adrian Newey, geniusz aerodynamiki i człowiek, który jako jedyny w padoku tworzy projekty na desce kreślarskiej, otrzyma więc nowe nieograniczone możliwości.

Infiniti Red Bull Racing nie może opierać się wyłącznie na osobie Neweya. Dyrektor techniczny przewodzi tam sztabem utalentowanych osób. Pracownicy IRBR od 2010 roku otrzymują premie w postaci 10 tys. funtów za zdobycie mistrzostwa. Przy takiej gratyfikacji, 550-ciu osobom w garażu czerwonego byka trudno narzekać na brak motywacji... Co ciekawe, IRBR od samego początku stawia na inwestowanie w inżynierię oraz technologię. Vettel trzy lata temu zarabiał tam ok. 2 mln euro rocznie, w 2012 liczba ta zwiększyła się do 10, aby obecnie zamienić się w 12 mln euro. W skali wydatków na własnych zawodników prym wiedzie Ferrari, wydając na Alonso tyle (a rok temu nawet więcej), ile IRBR płaci obydwu kierowcom. W światku F1 wszytko ma swoje priorytety: Jedni stawiają na wojnę technologiczną, inni na ponadprzeciętnego kierowcę. Od dłuższego czasu w Formule 1 sprawdza się raczej taktyka dobrych bolidów i sezonowych mistrzów. Jakby nie patrzeć, IRBR ma tych tytułów już prawie cztery. Nie jest to przypadkowa przewaga i nie mają tu znaczenia pieniądze Mateschitza - to idealnie zgrany kołowrotek przyczynowo-skutkowy.
Sebastian Vettel odnosi sukcesy w świetnie zaprojektowanym bolidzie. Inna sprawa, że potrafi to odpowiednio wykorzystać. Nie trudno dostać ponadprzeciętny bolid, sztuką jest właściwie go poprowadzić. To, co widzimy w ostatnich latach, jest ciężką pracą całego zespołu, włącznie z ambitnym kierowcą nr 1, pod którego robione są wszelkie poprawki.

Kibice F1 zdają sobie sprawę z tego, że IRBR tworzy inną ligę, dlatego umniejszają umiejętności głównego kierowcy, który samolubnie lubi ścigać się tylko sam ze sobą. Zespół wypracował przy jego osobie fantastyczne wyniki, ale nie jest tak, jak z Schumacherem, który kompletował go wokół siebie. "Schumi" miał wielu solidnych przeciwników, zdolnych utrudniać mu zdobycie tytułu. Vettel również ma w stawce kilku mocnych konkurentów, ale oni nie mogą podjąć walki z bolidem, który jest o całe lata świetlne przed nimi. W padoku krążą różne opinie o Vettelu. Od pochwał szefów z Ferrari i Mercedesa, po krytyczne wytykanie mu błędów z ust innych kierowców.
W końcu fani opozycji postanawiają wyrazić swój sprzeciw pod podium. Buczą na Vettela jeszcze bardziej, niż miało to miejsce za czasów "kontrowersyjnej" jazdy i dominacji Schumachera. Nie chcą oglądać niedzielnego sprintu do mety i rozgrywki jednego gracza. Pragną wyrównanej walki i różnych możliwości. Formuła 1 ma wyjść z sytuacji, w której najlepszy team zwycięża, nie zważając na to, że taka właśnie idea od lat przyświeca temu sportowi. Abstrakcją zdaje się przeświadczenie, że czterokrotny (tak będzie) mistrz świata powinien odejść z najlepszego zespołu po to, by udowodnić prawdziwe umiejętności za kółkiem. Niewiadomą jest, czy Infiniti Red Bull Racing znajdzie godnego następcę Niemca, w swoim bezowocnym programie rozwojowym. Te pytania na razie pozostaną bez odpowiedzi, a Bernie Ecclestone ciągle szuka wyjścia z sytuacji spadku oglądalności F1 w większości krajów.

Sebastian Vettel dąży do pokonania wyniku Michaela Schumachera. Na pewno jest na dobrej drodze ku temu, chociaż wątpliwe, by poziomem kultu kiedykolwiek go dogonił. Podczas niemieckich wyścigów nie ma śladu niegdysiejszej euforii, a odważniejsi delikwenci wciąż pojawiają się tam z wizerunkiem wsparcia dla dawnego ducha epoki Schumachera.
Mimo powszechnych opinii, Vettelowi nie brakuje fanów, zwłaszcza w swojej ojczystej ziemi. Po zdobyciu przez niego pierwszego mistrzostwa, w rodzinnym mieście Sebastiana utworzono specjalny "Vettel fan bus club". Niebieski autobus kursował regularnie na wyścigi w Monako, we Włoszech i w Niemczech. Przed wjazdem do Hoppenheim stoi tablica, informująca o tym, że pochodzi stamtąd czempion F1 z lat 2010, 2011, 2012 oraz... 2013. Najmłodszy mistrz świata nie uniknie porównań do Michaela, jednak nie będzie w stanie bezpośrednio go zastąpić. W humorystyczny sposób do sprawy dominacji podszedł Sport Bild, przedstawiając w gazecie zdjęcie nowej osoby - Sebaela Schuttela.

Konkluzja jest prosta. Dominacja nie jest dobra dla żadnego sportu i przekłada się bezpośrednio na spadek oglądalności. Brak zainteresowania najlepiej wybadać w kraju, którego rodak świętuje te same sukcesy przez dłuższy czas. Co stanie się z Formułą 1 w przyszłym, tak bardzo istotnym sezonie 2014? Mr Ecclestone na pewno już szuka odpowiedzi. Zmiana przepisów i transfer kierowców otwiera nowe możliwości przed konkurencyjnymi zespołami. Ostatnie lata pozwoliły im czerpać z przykładu świetnej kooperacji IRBR, od nich więc zależy, jak tę wiedzę wykorzystają. Christian Horner powiedział, że przystępując do mistrzostw, nie ma zapisu mówiącego o tym, iż ma to być show trwające do ostatniego wyścigu. Wszyscy mają przecież te same zasady pracy. Dalszy scenariusz napisze życie... A może sam Sebastian Vettel, "enfant terrible" dzisiejszej F1, który lada moment pobije kolejny rekord - najmłodszego czterokrotnego mistrza świata królowej sportów motorowych...

źródło: informacja własna + Sport Bild
  • średnia glosów: 5

Średnia ocen: 5, ilość głosów: 2

opublikowny przez Marta Konarska 3 lat temu