1 listopada. Cześć ich pamięci!

Dodany 01-11-2014, 18:38, do: MotoGP, Formuła 1, WRC,
1 listopada. Cześć ich pamięci!

1 listopada to nie tylko rozpoczęcie nowego miesiąca. 1 listopada to nie o kolejny dzień bliżej do świąt Bożego Narodzenia i Sylwestra. 1 listopada to przede wszystkim Święto Zmarłych. 1 listopada wspominamy zmarłych przyjaciół, rodzinę oraz osoby, które odeszły z tego świata, pozostawiając po sobie pewien medialny szum. Ich śmierć była wspominana w mediach. Pamiętacie ten dzień, w którym usłyszeliście o śmierci "znanego i lubianego"?

Odejście każdego człowieka z naszego świata powoduje łzy, ból i uczucie pustki w sercu. Życie nie jest wieczne. "Spieszmy się kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą". Takie właśnie słowa wypowiedział kiedyś polski papież, Jan Paweł II. Idealnie pasują one do naszych bliskich, ale też osób znanych jedynie z wielkiego ekranu. Spieszmy się kochać, darzyć uczuciem, bo nigdy nie wiemy, kiedy śmierć nadejdzie.

23 października 2011 roku. Kolejne Grand Prix z cyklu MotoGP. Malezyjski tor Sepang, punktualnie o wyznaczonej godzinie wszyscy motocykliści ustawili się na starcie, by rozpocząć kolejny niedzielny wyścig i walkę o zwycięstwo. Gasną światła i zawodnicy ruszą w szaleńczą pogoń, a wśród nich mistrz świata, Marco Simoncelli. Włoch, który kochał szybką jazdę na granicy życia i śmierci ponad wszystko. Nie spodziewał się, że właśnie tego dnia, na drugim okrążeniu ulegnie wypadkowi. Ów incydent przesądził o dalszej karierze jeźdźca Hondy, ale i o jego kolejnych dniach z nami. Legenda motocyklowych mistrzostw świata. Utalentowany. Szybki. Młody. Nikt nie spodziewał się, że motorsport zbierze kolejne okrutne żniwo.

Cofnijmy się wstecz, do serii WRC, która skupia najlepszych i najszybszych kierowców rajdowych tego świata. Niegdyś na arenie międzynarodowej mogliśmy podziwiać Colina McRae. Szkot z wielką charyzmą i upartością. Zawsze dążył na szczyt i nie poddawał się; wychodził nawet z najpoważniejszych wypadków. Człowiek-stal. W 1995 roku zdobył to, do czego od zawsze dążył. Do mistrzostwa świata. Któż by się spodziewał, że zginie nie na szutrach, a w trakcie katastrofy lotniczej? McRae prowadził własny śmigłowiec, kiedy rozbił się w rodzinnym mieście Lanark, 15 września 2007 roku. Wraz z nim odszedł jego pięcioletni syn, Johnny, 6-letni Ben Porcelli oraz przyjaciel rodziny, Graeme Duncan. Wybrali się na krótką wycieczkę, która okazała się drogą do nieba. Brytyjczyk jest do dziś wspominany i żywy w myślach każdego fana WRC. Kilka miesięcy temu w Polsce ukazała się autobiografia zawodnika. W opisie książki można znaleźć następujące słowa: "zginął tak, jak żył - pilotując helikopter na krawędzi ryzyka"...

Trudno nie wspomnieć także o Jamesie Huncie. Mistrz świata Formuły 1 z roku 1976. Brytyjczyk, który początkowo miał zostać lekarzem, a skończył na torze wyścigowym. Zawodnik nie stroniący od alkoholu, papierosów i rozrywkowego życia. Niewielu wie, że James podczas startów w Formule Ford uniknął przedwczesnej śmierci. Podczas jazdy wpadł do jeziora - gdyby nie brak pasów, Anglik byłby się utopił. Zmagał się także z problemem strachu przed startem. Wielokrotnie przed wyścigiem w alei serwisowej dostawał dreszczy i wymiotów, jednak po zgaśnięciu czerwonych świateł jego ciało opętywała adrenalina, dzięki której jechał na limicie. Właśnie z tego powodu zyskał miano nieobliczalnego szaleńca, a wszyscy bali się rywalizacji z Huntem. W trakcie swojej kariery walczył między innymi z Nikim Laudą. Rok 1976 był nie tylko triumfem Brytyjczyka, ale również tragedią dla Austriaka. Późniejszy trzykrotny mistrz świata w trakcie deszczowego Grand Prix Niemiec uległ tragicznemu wypadkowi, w którym doznał poważnych poparzeń skóry. Ostatecznie jednak zawodnik Ferrari po trzech tygodniach niespodziewanie wrócił, by walczyć. Mistrzostwo przypadło Huntowi, który w 1979 roku zakończył swoją przygodę z Królową. W późniejszych latach James między innymi komentował Formułę 1 dla BBC2. Nie zginął na torze. 15 czerwca 1993 rok miał być szczęśliwy, bowiem tego dnia oświadczył się pewnej blondynce o imieniu Helen. Ta przyjęła oświadczyny znanej persony, jednak do ślubu nie doszło. Po kilku godzinach od zaręczyn Brytyjczyk miał rozległy zawał, którego nie przeżył. W trakcie śmierci miał 46 lat.

Trzech zawodników, trzy różne powody odejścia z naszego świata. Nigdy nie wiemy, kiedy przyjdzie nasz czas, dlatego też kochajmy się nawzajem, a dziś wspomnijmy wszystkich zmarłych – tych najbliższych i tych znanych jedynie z telewizji. "Bo umiera tylko nasze ciało, a nasze czyny i dusza żyją w myślach następnych pokoleń".

źródło: inf. własna
  • średnia glosów: 5

Średnia ocen: 5, ilość głosów: 3

opublikowny przez Gabriela Polak 3 lat temu