W najbliższą sobotę ponad sto milionów sympatyków najbardziej popularnej dyscypliny sportowej na świecie zasiądzie po raz kolejny przed telewizorami. Spektakl, który nie ma końca rozpocznie się jeszcze raz.
Opowiadając o nadchodzącej wigilii Bożego Narodzenia często mówimy o tym jako o "szczególnym dniu w roku". W tym roku świąteczny prezent dla kibiców piłki nożnej na całym świecie otrzymamy już na dwa tygodnie przed gwiazdką. Dokładnie 10 grudnia, czyli już w najbliższą sobotę, czekają nas kolejne wielkie Gran Derbi Europy. Obecność przed telewizorami - obowiązkowa! Co dodatkowo? No cóż, chyba już tylko pozostaje trzymać kciuki za swojego faworyta.
Co decyduje o szczególności tego wydarzenia? W moim odczuciu fakt, że to taki jeden dzień w roku, kiedy wszyscy zapominany o powtarzanym jak mantra zwrocie, że to angielska liga jest najsilniejsza na świecie - otóż owszem, bo trudno temu zaprzeczyć, ale… W dniu kiedy naprzeciw siebie na boisku stają jedenastki Barcelony i Realu Madryt, centrum światowego futbolu jest umieszczone właśnie w tym miejscu. To taki (znów wrócę do świątecznego słownika) szczególny dzień, kiedy na całym świecie, od Paryża po Pekin, każdy zamienia się w kibica jednego lub drugiego zespołu niezależnie od tego, z kim sympatyzuje na co dzień. Messi czy Ronaldo? Mourinho czy Guardiola? Kataloński polot i fantazja w grze czy madrycka determinacja, upór i konsekwencja na boisku?
Pytanie tylko, czy to się nie może czasem znudzić? Przerabiamy to w końcu po raz enty w tym sezonie. Ba! W jednym miesiącu (maju) mieliśmy tych wszystkich wrażeń na głowie trzykrotną ilość. Teraz czeka nas już siódme rozdanie i w co chyba trudno uwierzyć - budzi nie mniejsze emocje.
Zmienił się faworyt - to na pewno. Miano tego, który musi gonić, przejęła z różnych przyczyn Barcelona. Kibice "Blaugrany" wierzą jednak, że prędzej czy później ich zespół "odpali", zostawiając znów wszystkich daleko w tyle. Wszystkie dotychczasowe wpadki to dla nich tylko szczegół. Tyle, że właśnie w nim tkwi przysłowiowy diabeł. Barcelona od trzech lat nie schodzi z ligowego tronu. Pep Guardiola z Camp Nou uczynił niemal twierdzę nie do zdobycia, gdzie każdy zespół przyjeżdża tylko w nadziei o jak najmniejszy wymiar kary. Jednak prawdziwym kluczem do kolejnych tytułów "Barcy" w Primera Division były spotkania wyjazdowe. Począwszy od sezonu 2008/2009, kiedy Guardiola przejmował schedę po odchodzącym Franku Rijkaardzie, piłkarze "Dumy Katalonii" notowali świetne bilanse gier na obcych stadionach. W pierwszym roku wygrali 68% spotkań wyjazdowych, w drugim osiągnęli identyczny wynik, natomiast w poprzednim sezonie poprawili ten rekord sięgając 73% przy czternastu wygranych. W tym roku sytuacja jest zgoła inna, bo "Blaugrana" właśnie na wyjazdach traci najwięcej punktów. Dość powiedzieć, że Katalończycy na sześć dotychczasowych spotkań wygrali zaledwie dwa i to ze słabiutkimi Gijón i Granadą.
Nie opierając się więc na żadnej analizie składu i poszczególnych piłkarzach, najłatwiej jest dostrzec, że problemem Barcelony stała się mentalność gry poza swoim stadionem. Na Camp Nou bowiem wbiła rywalom już 39 goli w zaledwie dziewięciu meczach! A w Madrycie będzie szalenie ciężko. Real Madryt w tym roku na Bernabeu jeszcze nie przegrał, a mecz przeciwko FCB może "Królewskim" otworzyć drogę do (dziwnie to brzmi już w grudniu, ale takie realia…) tytułu mistrza Hiszpanii.
Wydaje się, że jedynym, który może powstrzymać Real przed przełamaniem trwającej już jedenaście spotkań hegemonii Barcelony jest… on sam. Choć dokładniej mówiąc to może nią być osoba trenera José Mourinho i jego kompleks względem największego rywala "Los Blancos". Portugalczyk co prawdą wygrał kwietniowy finał Pucharu Króla, ale nie starczyło 90 minut, aby zdobyć decydującego gola i potrzebna była dogrywka. W regulaminowym czasie zatem "Mou" jeszcze nie zdołał dowieźć korzystnego rezultatu przeciwko Barcelonie.
Pracę na Santiago Bernabeu rozpoczął od kompromitacji w listopadzie ubiegłego roku, kiedy "Barca" ugościła zespół z Madrytu popularną "Manitą" (5:0). Wnioski wyciągnął szybko. Rewanż w stolicy już zremisował (1:1), a zwycięstwo miało przyjść dopiero za chwilę w Lidze Mistrzów. Po drodze utwierdził w tym przekonaniu Mourinho triumf w Copa Del Rey. I nagle szok - porażka w Madrycie 0:2. A miałoby być tak pięknie. Czemu więc nie jest? Sezon spisany na straty, ale Portugalczyk nie chciał chyba zbyt długo tego rozpamiętywać. On wie, że Hiszpanii jeszcze wtedy dopiero się uczył. Na początku obecnego sezonu doszło do kolejnego dwumeczu hiszpańskich gigantów. Padło w nim aż dziewięć bramek i mimo kolejnej porażki w bezpośredniej walce o Superpuchar Hiszpanii, Mourinho wyciągnął chyba najlepszą lekcję z wszystkich dotychczasowych. Z Barceloną można zagrać otwarcie i wygrać.
10 grudnia zapowiada się zatem sądny dzień dla obu zespołów. Jeśli Real chce po trzech latach zdobyć ponownie mistrzostwo kraju, to wygrana w najbliższą sobotę przybliży ich do tego jak nigdy. Barcelona zaś do Madrytu pojedzie z nożem na gardle. W przypadku porażki "Blaugrana" może już teraz stracić szanse na czwarty z rzędu tytuł. Wcześniej jako jedyny z klubem ze stolicy Katalonii dokonał tego wielki Johan Cruijff.
Czy siódma część kolejnego filmu może być zjadliwa? Owszem, może, jeśli tylko reżyser jest kimś wybitnym. W tym przypadku tę rolę będą pełniły zespoły, które razem na arenie krajowej i międzynarodowej zdobyły ponad 150 różnych trofeów. Czeka nas zatem kolejny szczególny dzień w roku.