Była godzina wyjątkowo zbyt wczesna, żeby się budzić, ale wstające słońce o tym nie wiedziało. Poranna mgła zaczęła unosić się zasłaniając cały widok za oknem. W mgle zobaczyłem obrazy, które pochodziły z innego miejsca i czasu.
8 czerwca
Gdzieś tam na horyzoncie pojawia się upragniony weekend. Noc z serii tych nieprzespanych. Do 2:37 nad ranem szykowaliśmy wszystko na piątek. To już tradycja. Od lat rodzina zjeżdża się, aby mecze wielkich imprez oglądać u tych, którzy mają najnowszy telewizor. Wiadomo, będzie najlepiej widać. Rodzina duża, więc trochę nagotować trzeba. Pierwsze danie, drugie danie, ciasto, coś drobnego, ale i słodkiego, coś wyskokowego dla każdego. Mimo aktywnych przygotowań nie czuje zmęczenia. Tyle lat czekało się na pierwszy gwizdek tego turnieju.
To nigdy nie był dobry dzień dla polskiej piłki. Z historii najnowszej 8 czerwca oberwaliśmy od Hiszpanów w hokejowym 6:0. Z dziejów nowożytnych to Mistrzostwa Europy i potyczka z Niemcami, kiedy to nasi obrońcy zmusili swoją bezczynnością Lukasa Podolskiego do strzelania nam bramek. Pamiętam… Dzień przed wyjazdem nad morze. Jechaliśmy naprawdę w podłych nastrojach.
Zaczęło się obiecująco. Po pięknej akcji z dośrodkowaniem Łukasza Piszczka Robert Lewandowski wykorzystuje błąd Sokratisa Papastathopoulosa, a ten po rozpaczliwej interwencji bramkarza wbija piłkę do własnej bramki. Wygrywamy 1:0. Kibice wpadli w euforię. Dziennikarze popłynęli wymyślają patetyczne nagłówki. Chorzy tańczą w szpitalach, księża zrzekają się tacy, nauczyciele zaczynają pić z uczniami. Nagle staje się coś, co ma miejsce zwykle, gdy zaczynamy prowadzić. Cofamy się do obrony.
Wiecie jak jest. Arkadiusz Głowacki kontuzjowany na krótko przed turniejem, Damien Perquis był w takiej dyspozycji, że myliły mu się bramki. Franciszek Smuda bał się kompromitacji w grupie marzeń tak bardzo, że odkurzył Michała Żewłakowa. Ale jeden „Żewłak” to nie cały blok defensywny. Głupi błąd, chwila nieuwagi i mamy 1:1.
Zaczęły się schody. Mecz walki i fauli greckich (chamskich i brutalnych) oraz polskich (zdecydowane ataki, ale fair - jakby powiedział obiektywny komentator). Ostatnie minuty meczu, który będziemy wspominać jako heroiczny remis z przeważającymi siłami wroga. Niby jest ich jedenastu, ale to potomkowie Spartan. Ale nie… zamieszanie w polu karnym i… GOL!!! Jeśli wcześniej była euforia, to teraz jest szał radości. Strzelcem bramki jest człowiek, którego kilka miesięcy temu miało tu nie być i miał go zastępować Grzegorz Wojtkowiak… Michał Żewłakow! Po meczu kibicom mózgi wyskoczą z czaszek i zaczną uważać biedronki Smudy za drużynę galaktyczną i domagać się w następnym meczu pojedynku z Brazylią. Oczywiście biedni Latynosi nie mają szans. Brazylia na EURO, a co tam! I tak 4% społeczeństwa będzie uważała, że wygra Argentyna. Kilka godzin później Czesi ulegli nieznacznie Rosjanom 3:2.
12 czerwca
Co za niespodzianka, znowu goście. Tym razem okazja bardziej rodzinna niż futbolowa, chociaż właściwie w naszej rodzinie to i tak bez różnicy. Rocznica ślubu, więc nie dziwię się, że przyjeżdżają, ale w sumie po co wyjeżdżali? Przed meczem narodowym, jak przed epopeją narodową - wszyscy uderzają w tony patetyczne. Od rana lecą fragmenty dawnych potyczek. Nie tych piłkarskich, bo z Rosją graliśmy zdaje się tylko trzy razy.
Jeszcze przed wschodem słońca pojawił się Iwan IV Groźny, Stalin, Lenin, Putin czy caryca Katarzyna II. Nasze drugie spotkanie na EURO 2012 stało się sprawą narodową. Zanim odśpiewaliśmy „Bogurodzicę”, hymn oraz wszystkie kawałki żołnierskie z ,,Czterech pancernych i psa” Czesi fuksem wygrali z Grekami po soczystym (uwielbiam to określenie) strzale Jaroslava Plasila.
Rozległ się pierwszy gwizdek. Patriotycznie-piłkarski balon pękł szybko. W siódmej minucie polską defensywę skarcił Alan Dzagoev. Dwie minuty później Wojtka Szczęsnego pokonuje Roman Pavlyuchenko. Gola do szatni wpakował nam znów Dzagoev. Po meczu polska publika zakończyła wieczór tak samo, jak po spotkaniu z Grecją. Tyle, że kibice pili z innych pobudek.
16 czerwca
Mecz o wszystko. Znowu… Zaatakowaliśmy z prawdziwą furią i zaangażowaniem. Zupełnie jak nie nasi. W sumie ciekawe, na ile starczy nam pary. Dwudziesta trzecia minuta. Idziemy z kontrą. Atakującemu Tomasowi Rosickiemu piłkę zabiera Jakub Błaszczykowski i biegnie. Mija środkową linie boiska i dalej biegnie. Pędzą jego koledzy. Ten jakby tego nie widzi i biegnie szybciej. W końcu wpada z prawego skrzydła w pole karne. Z bramki wychodzi Igor Akinfeev i próbuje skrócić mu kąt. Przed pustą bramką jest Adrian Mierzejewski. Sam nie wiem jak on go dogonił. Wystarczy podać. Kuba strzela boleśnie raniąc bramkarza i uczucia wielu rodaków. Gola nie ma. W mojej głowie dudni głos Franciszka Smudy (jakby z reklamy): Ładnie, ładnie, ale sam meczu nie wygrasz.
Ten gol mógł ustawić mecz. Jeszcze kilka składnych akcji, ale bez rezultatu. Na przerwę nasi schodzili bardzo zmęczeni. Druga połowa jeszcze się nie zaczęła, a Daniel Pudil wpakował piłkę do naszej siatki. Z naszych orłów (biedronek) zeszło powietrze, a Czesi już nic nie musieli, bo w tym samym czasie Rosjanie pykali Greków 2:0. Miało być wyjątkowo, lecz skończyło się jak zawsze. Dobra wiadomość jest taka, że nie byliśmy ostatni w grupie. Tylko czy to wystarczy, skoro się czekało na te wyjątkowe dni tyle lat?
1. Rosja 9 8-2
2. Czechy 6 5-4
3. Polska 3 3-6
4. Grecja 0 1-5