Ostatnie dni to ciągłe przyjmowanie przez wielu kibiców, dziennikarzy i zawodników jako fakt tego, że kolejna zima już nie będzie taka sama. Dotąd o Adamie i wspomnieniach z nim związanych rozmawiałem z ludźmi sportu, głównie młodych skoczków, którzy mają szansę tak jak on dojść na szczyt. Dziś, w tym szczególnym dniu, ostatniego pucharowego startu Małysza postanowiłem napisać coś od siebie.
Miałem sen, piękny sen i trwał 10 lat. Główna postać, tak przyciągająca, ujmując, zadziwiająca i powalająca - Adam Małysz. Mimo, iż ten sen - jego kariera, była piękna, to nie zawsze Jemu i nam było łatwo.
Dziś przypominam sobie końcówkę lat dziewięćdziesiątych i początek XX wieku i mój rodzinny dom. Miałem wtedy z 10 czy 11 lat. Była sobota. Południe. Babcia z mamą sprzątały, młodsza siostra biegała tu i ówdzie, a ja z dziadkiem oglądałem transmisję z jakiegoś konkursu PŚ. Nie wiem, gdzie, nie wiem nawet kto wygrał. Przyznam, że niebyt mnie to interesowało, wiedziałem tylko, że nasi słabo, a rządzi Niemiec. Teraz wiem, że był to Martin Schmitt.
Kolejne miesiące totalnie zmieniły moje życie. Sukcesy Małysza były tematem nie tylko domowych spotkań, lekcji w szkole, czy przerwy podczas popołudniowego grania w piłkę na hali. O Małyszu mówił w kościele nawet jeden z księży w mojej parafii.
Liczyłem godziny do następnego konkursu, śledziłem serwisy sportowe. Nie było mowy, by nie obejrzeć skoków. Wszystko schodziło na dalszy plan. Rodzice kupili pierwszą drukarkę. Wiadomo, atramentową. W wolnym czasie zrobiłem sobie na jeden z sezonów mój skarb, w którym miałem szablony na każdy konkurs. Pisałem, kto wygrał, miejsca Polaków i inne rzeczy. Trochę kartek się nazbierało do druku. Miałem mały problem, bo w tydzień przed początkiem sezonu to wydrukowałem i okazało się, że "poszedł" cały tusz.
Kiedy byłem już starszy, miałem dostęp do Internetu, ciągle śledziłem zagraniczne strony i oglądałem powtórki skoków. Wreszcie zacząłem pisać o skokach na tym portalu. W 2010 roku dopiero po raz pierwszy byłem na konkursie PŚ w Zakopanem. Teraz w 2011 roku, mogłem te niesamowite rzeczy, które działy się w zimowej stolicy Polski, śledzić jako dziennikarz. Pierwszy raz udało mi się uścisnąć dłoń Mistrzowi.
Były w tym roku przecieki, że Adam zakończy karierę. Ja czułem, że tak będzie Zrobił dobrze. W stylu takim, jak na Mistrza przystało. W niedzielę pojawiły się łzy, trudno, by ich nie było.
A kiedy mam "doła" i czegoś mi się nie chce, włączam komputer i oglądam skoki Adama z Sapporo czy Zakopanego z fantastycznym komentarzem Włodzimierza Szaranowicza, czy Tomasza Zimocha. I znów mi się "chce"!
Adam, dziękuję...!