Grand Prix tylko dla bogatych?

Dodany 01-05-2014, 10:11, do: SGP ,
Grand Prix tylko dla bogatych?

W ostatnich dniach usłyszałem kilka opinii mówiących o tym, że Grand Prix się przejadło, czego dowodem miały być świecące pustkami trybuny w Bydgoszczy. Bujda! Cykl turniejów o indywidualne mistrzostwo świata to wciąż najbardziej prestiżowe zawody, o których marzą setki facetów (i kobiet, te jednak są w zdecydowanej mniejszości), którzy uprawiają ten sport.

Powodem, dla którego frekwencja przy ul. Sportowej 2 była taka, a nie inna (a o czym nie wszyscy mówią głośno) są… pieniądze. Bynajmniej nie te, które wpływają po zawodach na konta zawodników, a te, które przyszło wydać kibicom chcącym zobaczyć najlepszych żużlowców na świecie. Odpowiedzialni za ustalenie cen wejściówek puścili wodze fantazji. Nie widzę innego wyjaśnienia tej sytuacji. 195, czy 165 zł za bilet na miejsce numerowane to zdecydowanie za dużo. Żużel to sport rodzinny, a tak przynajmniej twierdzi większość prezesów. Zakładając, że do Bydgoszczy chciałaby się wybrać czteroosobowa familia z "mojego" Ostrowa to koszty wyjazdu (bilety, paliwo, obiad…) oscylują w granicach tysiąca złotych! Nie tędy droga, kochani działacze. Wątpliwa to raczej przyjemność wydawania połowy miesięcznego wynagrodzenia na trzygodzinne widowisko, niezależnie od tego, jak ciekawe ono jest. A GP w Bydgoszczy było kapitalne. Tylko co z tego, skoro widok pustych trybun raził po oczach.

Może to już czas, aby pomyśleć nad reformą tworu o nazwie Speedway Grand Prix? Czy nie ciekawiej byłoby, gdyby cykl składał się z sześciu, góra ośmiu turniejów? Oczywiście każdy w innym kraju (marzenia ściętej głowy…). Margines błędów zdecydowanie mniejszy, a i znajdujący się w wybornej formie jeźdźcy nie zapewnialiby sobie tytułu na dwie - trzy rundy przed końcem.

Półfinały i finały może i są ciekawe, emocjonujące i trzymające w napięciu, ale bywają też szalenie niesprawiedliwe. Jeśli koniecznie po rundzie zasadniczej włodarze chcą rozgrywać rundę finałową to o wiele lepszym rozwiązaniem byłoby to, które zastosowano w Speedway European Championship. Ja natomiast poszedłbym nawet o krok dalej, do zasad z IM Australii, gdzie bezpośredni awans do finału uzyskuje czołowa trójka, a stawkę uzupełnia zwycięzca barażu.

Zdecydowanie podzielam zdanie pana red. Bartka Czekańskiego, który jest zwolennikiem rozgrywania jednodniowych finałów IMŚ. Uważam, że cykl kilkunastu turniejów sprawdza się w przypadku F1, czy MotoGP, gdzie zawodnicy nie mają startów w innych zawodach.

Choć z racji wieku nie miałem możliwości zobaczyć na żywo żadnego takiego turnieju (gdy rozgrywano ostatni jednodniowy finał w Vojens miałem zaledwie rok), to oglądając zapisy wideo światowych czempionatów chociażby z lat 70. szczerze żałuję, że dziś takich zawodów już nie ma. Nie zgadzam się z przekonaniem, że zdobycie mistrzostwa po jednodniowym finale może być dziełem przypadku. Podobnie jak teraz zawodnicy musieli utrzymać niezwykle wysoką formę (a może nawet wyższą) przez cały sezon, aby przejść przez wszystkie turnieje eliminacyjne. A sam finał to było niesamowite święto. Jakże ma się ponad sto tysięcy kibiców z chorzowskiego turnieju w roku 1973, do pięciu w Bydgoszczy… Oczywiście, czasy były inne, a to była jedyna okazja, aby zobaczyć światową czołówkę, ale mimo to różnica jest niewyobrażalna.

Tylko ktoś straciłby ogromne pieniądze, gdyby zamiast dwunastu rozgrywano jedne zawody… A może ceny biletów na finał wyniosłyby tysiąc, a może dwa tysiące złotych, żeby wyrównać różnice? Cóż, wszystko wskazuje na to, że nie poznamy odpowiedzi na to pytanie i w dalszym ciągu będziemy oglądać wciąż tych samych zawodników, ale za coraz droższe bilety. Nie tędy droga, działacze, nie tędy droga…

źródło: inf. własna
  • średnia glosów: 5

Średnia ocen: 5, ilość głosów: 2

opublikowny przez Mateusz Kozanecki 3 lat temu